Zbrojownia to jedna z lepszych miejscówek paintballowych na jakich miałem przyjemność grać. Kilka sporych budynków położonych w lesie, naturalnie zniszczonych tworzy niesamowity klimat. Dodając do tego W.L.K.P. czyli Wielkopolskie Leśne Kluby Paintballowe, otrzymujemy najlepszą możliwą grę :)
Kilka fotek z ostatnich bitew - niestety mój aparat dogorywał, więc jakość i ilość słaba.
W tym miejscu aparat padł całkowicie i zrobił różowy śnieg :D
No to mogę już oficjalnie powiedzieć, że jestem po wszystkich sezonach i filmach z serii Star Trek The Original Series. Co prawda nie widziałem jeszcze w całości kolejnych serii Star Treka, ale Kirk, Spock, Scotty, McCoy (świetny i zabawny epizod w pierwszym odcinku The Next Generation), Chekov, Uhura i Sulu to niezapomniane postacie. Obejrzenie całości zajęło mi 2 miesiące i przyznam, że przywiązałem się do ich przygód i uczucie sympatii dla bohaterów serialu, które pewnie znane jest każdemu widzowi, nie opuszczało mnie przez cały ten okres. Ja wiem, że ten serial dla wielu trąci myszką, ale to przecież rok 1966!!! Takie były wtedy efekty, taka a nie inna była rola kobiet, kosmici byli gumowym kombinezonem, i tak dalej i tak dalej. Na to wszystko trzeba spojrzeć z przymrużeniem oka i skupić się wyłącznie na opowiadanej historii i relacjach między bohaterami. Dialogi między Spockiem, Kirkiem a doktorem McCoyem to mistrzostwo świata - filozoficzne dywagacje trzech kumpli, przy czym każdy jest z innej bajki i wydaje się, że nie znoszą się nawzajem, a jednak łączy ich wielka przyjaźń. No i skąd u licha Gene Roddenberry miał te pomysły ponad 40 lat temu!?
Serial kręcony był w latach 1966-1969 - łącznie powstały 3 sezony, co rozłożyło się na 80 odcinków. W ogromnej większości (w zasadzie chyba tylko w jednym przypadku tak nie jest) są to historie jednoodcinkowe, co akurat dla mnie jest dużym plusem. Żaden sezon nie kończy się też modnym ostatnio i często praktykowanym przerwaniem opowieści w połowie. Dla mnie to kolejny plus, bo nienawidzę przerwania opowieści i konieczności oczekiwania kilku miesięcy na ciąg dalszy.
Star Trek TOS nie odniósł sukcesu w swoich czasach - być może był za bardzo wizjonerski jak na lata 60. Niektórzy twierdzą, że twórcy przesadzili w niektórych teoriach, postaciach, rasach - ale tak naprawdę, przecież nikt z nas nie wie, co czeka na nas w odległych zakamarkach naszej galaktyki, nie mówiąc już o wszechświecie. No i jakby na to nie patrzeć, chociaż nie w wyraźny i oczywisty sposób, to jednak Star Trek odrzuca religię, jakąkolwiek. W roku 66 raczej mało osób, filmów, czy seriali robiło to w sposób tak dobitny - udowadniając przy okazji, że bogowie to nic innego jak wyżej rozwinięte cywilizacje.
Sukces serii przyniosły dopiero powtórki telewizyjne, a co za tym idzie, popularność serii zamiast maleć rosła. Skutkiem tego było powstanie w latach 73-75 Star Trek Animated Series - serialu animowanego - w zasadzie nieznanego w Polsce. Głosy postaciom użyczyli oczywiście wszyscy aktorzy z oryginalnego serialu.
Popularność Star Treka i załogi USS Enterprise NCC-1701 przyczyniła się do powstania 6 filmów kinowych bazujących na The Original Series: Star Trek The Motion Picture (1979 - jeden z lepszych), Star Trek II: The Wrath of Khan (1982 - kontynuuje wątek z jednego z odcinków TOS), Star Trek III: The Search for Spock (1984 - związany fabułą w Gniewem Khana), Star Trek IV: The Voyage Home (1986 - zakończenie historii zapoczątkowanej w Gniewie Khana), Star Trek V: The Final Frontier (1989 - wątek poszukiwania boga), Star Trek VI: The Undiscovered Country (1991 - zapowiedź zmian, które nastąpiły w galaktyce 100 lat później w The Next Generation kręconym od 1987 roku).
Na polskiej stronie o Gwiezdnej Flocie StarTrek.pl znalazłem ciekawą informację, że powstały w sumie 2 różne piloty serialu. Pierwszy, w którym z oryginalnej obsady był tylko Spock został odrzucony przez stację telewizyjną - i całe szczęście, bo dzięki temu mamy Kirka i całą resztę :)
W polskiej telewizji Star Trek: TOS puszczany był w Wizji 1 w latach 1999 - 2001.
To świetny serial i każdy fan SF powinien kiedyś przerobić wszystkie odcinki. Wiele wątków, pomysłów i rozwiązań zostało później wykorzystane w grach, filmach czy innych serialach. To kawałek historii SF i trudno przejść obok niego obojętnie.
I na koniec kilka cytatów:
Spock: I have never understood the female capacity to avoid a direct answer to any question.
Spock: Vulcans never bluff.
McCoy: It is a human characteristic to love little animals, especially if they're attractive in some way.
Spock: Logic and practical information do not seem to apply here. McCoy: You admit that? Spock: To deny the facts would be illogical, Doctor.
Deela: We have the right to survive! Kirk: Not by killing others.
W ostatnim czasie stałem się Star Trek'owym geekiem, namiętnie walczę z 3 sezonami The Original Series (TOS) - o czym pewnie w niedługim czasie napiszę, a w późniejszym okresie podsumuję każdy sezon. W każdym bądź razie nie mogę się zdecydować czy bardziej wolę Stargate SG-1 czy Star Trek. Spock, McCoy, Kirk, Scotty, Chekov, Sulu i Uhura zwyczajnie rządzą :) Póki co, całkiem fajny utwór o Klingonach grupy S.P.O.C.K.
PS. Ciekawostka. Leonard Nimoy, który gra Spocka, napisał kiedyś książkę "I Am Not Spock" (1977) - gdzie próbował pokazać różnice między nim a graną postacią. Później w 1995 roku napisał drugą książkę "I Am Spock" - odwrócenie niektórych tez z poprzedniej książki. W jednym z odcinków "The Simpsons" twórcy pozwolili sobie na mały żart z tym związany. Jeff Albertson kupuje obie rzeczywiste książki Nimoya plus jedną fikcyjną o tytule "I Am Also Scotty" :)
No właśnie, nienawidzę Króla Bohana z Heavenly Sword, a nawet nie jego, tylko tego co uosabia, czyli przesadnie dokaszczony ostatni boss. Nienawidzę sztucznego przedłużania czasu gry przez dodawanie idiotycznie trudnych i odpornych na ciosy bossów. To nie tak, że bossowie to coś złego, bo są tacy, którzy ubarwiają rozgrywkę i nie irytują - jak chociażby bossowie w God of War czy serii Resident Evil. Tam zawsze jest jakiś sposób, strategia, którą można przyjąć, a margines błędu jest dosyć rozległy. Może już zdziadziałem, ale Króla Bohana póki co pokonać nie mogę - gram na najniższym poziomie, poprzednich bossów z "Niebiańskiego Miecza" pokonałem za pierwszym razem - a tu na końcu taki zonk.
A sam Heavenly Sword? Nie przepadam za hack&slash, ale ta gra ma całkiem przyjemny i intuicyjny system walki, którego opanowanie trwa dosłownie chwilę. No i ta grafika - właśnie taki poziom powinny trzymać gry na konsole. Gra z 2007 roku nadal zachwyca i powoduje mały opad szczeny - nie mogę się już doczekać co nowy God of War wyciśnie z PS3.
Heavenly Sword przekonało mnie jeszcze jedną ważną cechą - postacie. Król Bohan to nie kto inny, jak opętany rządzą władzy średniowieczny władca, nawet jego strój nawiązuje do tej tradycji. Mi najbardziej spodobał się Flying Fox - ekscentryczny i szalony morderca i pierwszy generał Bohana. Świetnie wyreżyserowana postać - wielokrotnie można odnieść wrażenie, że nawet Król Bohan odczuwa niepokój w towarzystwie swojego generała.
Cała gra przepełniona jest niesamowicie wyglądającymi i świetnie wyreżyserowanymi wstawkami, które w tym wypadku ani przez chwilę nie nudzą. Niestety, w wielu współczesnych grach wstawek zwyczajnie nie chce się oglądać - tutaj jest inaczej. Fabuła, mimo że prosta i przewidywalna, tutaj wciąga i buduje klimat gry.
Heavenly Sword to bez wątpienia must have dla każdego posiadacza PS3. Gra ukazała się niedawno w platynowej kolekcji w cenie 99 złotych; na Allegro można kupić grę jeszcze taniej.
Już po, pomijając fakt, że byłem jednym z organizatorów całego zamieszania, to zupełnie bezstronnie muszę powiedzieć, że wszystko się udało. No i to wiejskie jedzenie na koniec - pstrąg rulez:)
Jako broń wybrałem Bravo One - może trochę na wyrost bo to raczej sprzęt bardziej nadający się do mamby. Sam waży trochę, a dodatkowe obciążenie w postaci butli HP nie poprawia wygody użytkowania. Z drugiej strony mniejsze markery nie miały tego wizualnego coś :)
Byłem w drużynie mniej zgranej - czerwonych - ale za to z dużym duchem walki, co pokazaliśmy podczas jedynego wygranego przez nas scenariusza Wietnam (nawet Pan strażnik z dubeltówką był nam niestraszny). Poza tym, najważniejsza była dobra zabawa - i tego chyba nikomu nie brakowało. Ja nadal cierpię na zakwasy :)
Część z nas spotkała się później w restauracji Lizard King na Starym Rynku, celem obejrzenia meczu, zjedzenia tostów i wypicia kilku rzeczy. Wynik 2:1 dla Polski dodatkowo podkręcił pozytywne wibracje z całego dnia. Podsumowując: miejscówka w Dąbrówce Kościelnej rządzi - to świetnie zorganizowany poligon paintballowy i ogromny teren. Tak naprawdę nie było widać tych 70 osób, które brały udział w walce. Zresztą, jak się dowiedzieliśmy, na tym poligonie organizowane są bitwy na 350 osób - to dopiero walka :)
Polecam każdemu zasmakować paintballa, spora ilość dziewczyn, i to ładnych dziewczyn, tylko potwierdza, że to zabawa dla (prawie) każdego.
Po co wydawać kilkadziesiąt złotych na figurkę, która uprzyjemni stanowisko pracy w biurze, jak można sobie samemu zrobić papierowego sackboya. Korzystając z tego wzoru i pomocy Saitrel w wycinaniu, wyszedł mi taki cudak:
Polecam, można sobie poprawić humor przy każdym spojrzeniu :)
Zagrywam się ostatnio w Rock Band, a wcześniej grałem/próbowałem grać w Guitar Hero. Nie wiem jak to wygląda teraz w Rock Band 2 i Guitar Hero IV World Tour, mam nadzieję, że wkrótce będę mógł przetestować obie gry.
Na Rock Bandzie gra się znacznie przyjemniej, dzięki większej melodyjności w naciskania klawiszy na gitarze. Experta jeszcze nie próbowałem, ale nawet na Hardzie mam wrażenie, że jednak jakoś tam gram, palce śmigają po gitarze w sposób bardziej płynny niż u konkurencji. Tymczasem w Guitar Hero już na Medium czasem się gubię i bardzo rzadko odnoszę wrażenie, że robię coś innego niż walenie w klawisze, trudno to porównywać do grania. Oczywiście frajda nadal jest i warto w Guitar Hero grać, ale jednak ta różnica jest wyczuwalna. Mam nadzieję, że w Guitar Hero IV przyjemność z grania będzie większa i odczujemy wpływ Rock Banda. Mimo wszystko więcej jest zwykłych graczy, niż takich zdolniachów jak na filmiku poniżej, a przecież głównie chodzi o frajdę z grania i wrażenie szarpania na prawdziwej gitarze.
Paintball, paintball, paintball - jak lubicie, strzelacie, albo chcecie zwyczajnie spróbować czegoś nowego, to serdecznie zapraszam na Allegro D-Day 2008 - szczegóły na forum Allegro.
No musiałem o tym filmie napisać, chociaż tak chwilowo z Polagry - jak to miło, że wymyślono te wszystkie bluconnecty i iplusy. The Strangers, po naszemu Nieznajomi, to nowy film w klimatach uwielbianych przeze mnie horrorów w stylu Teksańskiej Masakry Piłą Łańcuchową czy Domu 1000 ciał. To debiut reżysera Bryana Bertino i to debiut całkiem udany. Jak wynika z powyższego film mi się podobał, momentami nawet bardzo, chociaż nieporadność jak to zwykle bywa, zachowania głównego bohatera Jamesa (w tej roli Scott Speedman) bywaja denerwująca. O wiele lepiej w realności zachowań i naturalności na ekranie wypada Kristen, czyli Liv Tyler - aktorka pierwszej klasy, więc dziwić się nie ma czemu.
Film jest całkiem zgrabnie zmontowany, wstęp nie trwa zbyt długo i dreszczyk czujemy już po kilku minutach. Próbę namiętnego seksu o 4 nad ranem przerywa pukanie do drzwi. Młoda dziewczyna pyta czy jest w domu Tamara - patrząc na finał, może lepiej było powiedzieć, że Tamara jest, tylko bierze prysznic :) Oczywiście, niczego nieświadomi bohaterowie odpowiadają, że to pomyłka. Co się dzieje dalej, można wywnioskować z trailera, a finał w miarę przewidywalny, świetnie wpisuje się w konwencję tego typu kina.
Na uwagę zasługują szwarc charaktery - i może 5 lat temu stwierdziłbym, że to bajka, ale teraz, kiedy wiemy o tatku z Austrii i tatku z naszej rodzimej Polski, a także o tym zjebie co zaszlachtował trójkę swoich dzieci, cóż, mówię to w pełni świadomie, historia opowiedziana w tym filmie może być jak najbardziej prawdziwa. No to teraz Was zaskoczę - ta historia jest prawdziwa, bo została oparta na przypadkach zbrodni Charlesa Mansona z 1969 (Liv Tyler czołga się w ogrodzie jak Anne Folger), morderstwie z Kalifornii z 1981 roku (tzw. sprawa Keddie), czy przypadku rodzinnego mordu Jeffreya R. MacDonalda
Polecam, bo dobrych thrillerów jakoś ostatnio mało.